W oczach mizofonika (czy raczej w uszach) nawet najukochańsza osoba, rodzone dziecko, własna mama, a czasem nawet i Robert Makłowicz – każdy bez wyjątku, staje się wrogiem numer jeden, gdy tylko zaczyna wydawać z siebie odgłosy. Mlaskać, chrupać, pociągać nosem, smarkać, głośno przełykać ślinę, grzebać językiem w zębach, sapać, dyszeć, pić, inaczej oddychać. Generalnie jakikolwiek dźwięk, który wydaje z siebie żyjący człowiek, sprawia, że w głowie zaczyna rozgrywać się prawdziwa apokalipsa, mięśnie się spinają, wzrok spowija mgiełka szaleństwa, a ręce zaczynają drżeć. To nie jest przesada czy smutny żart. To codzienne reakcje osób, które otrzymały od matki natury tę przypadłość, a w społeczeństwie jest ok 15-20% takich szczęśliwców. Mizofonia zaczyna się już w dzieciństwie lub w okresie dojrzewania, dotyka częściej kobiet niż mężczyzn [3] [1].
Sam termin „mizofonia” (gr. misos „nienawiść”, phone „dźwięk”) został wprowadzony w 2001 przez parę naukowców Margaret M. Jastreboff i Pawela J. Jastreboffa. Z obcego na nasze oznacza to dosłownie „nienawiść do dźwięku” i wśród zaburzeń to wciąż pewna nowość – wcześniej kryła się pod hasłami „dlaczego nie dasz normalnie zjeść”, „przecież nie wyjdę na dwór z tym obiadem” i „o co ci chodzi”. [2]
Mizofonia to nie hipsterski wymysł ani wymówka, żeby usprawiedliwić swoje gburowate usposobienie. Osoby, które się z tym zmagają, nie wybierają sobie tego, ich mózg po prostu automatycznie odpala czerwoną lampkę na dźwięk każdego siorbnięcia, mlaskania czy dyszenia jak Darth Vader po maratonie. Wszystkie dźwięki, które przyczyniają się do powstania tych reakcji, nazywane są wyzwalaczami. Zwykle są to odgłosy wydobywane z ust i nosa takie jak: mlaskanie, siorbanie, żucie gumy, chrząkanie, oddychanie, chrapanie, mówienie, przełykanie, pociąganie nosem, bekanie, płacz, krzyk oraz dźwięki towarzyszące wymiotom, ale także dźwięki pochodzące z otoczenia, takie jak np. klikanie myszką, stukanie w klawisze klawiatury, stukot obcasów, drapanie po powierzchni. [4]. Widok osoby, która dodatkowo wykonuje powtarzające się ruchy (np. machanie nogą) oraz np. je w taki sposób, że aż się prosi by wezwać sanepid – może potęgować przeciążenie sensoryczne [1]. Krótko mówiąc, wyzwalacze to cała symfonia dźwięków, które towarzyszą jedzeniu i oddychaniu, a że ludzie raczej nie planują zaprzestać robienia tych rzeczy, to mizofonia bywa dość problematyczna [3].
Objawy
Najpierw pojawia się lekki niepokój, przeczucie, że zaraz wydarzy się coś złego, a potem już idzie z górki. Wchodzi rozdrażnienie, czyli pierwsze sygnały ostrzegawcze, mięśnie się spinają, a gdzieś z tyłu głowy pojawia się pytanie: „Czemu on tak mlaska?!” Następnie poziom irytacji idzie w kosmos, myśli galopują, a mózg się zaczyna przegrzewać: „Rodzice nie nauczyli zamykać ust? może robi to specjalnie? może to eksperyment społeczny, w którym sprawdzają, kiedy zacznę chodzić po ścianach?”. Wtedy wchodzi wściekłość – na siebie, na tę osobę, na wszystkich wokół i cały świat. Każde kolejne chrupnięcie, siorbnięcie czy przełknięcie jest jak szpikulec wbijany w mózg. Do tego sympatycznego pakietu emocji, dorzucamy jeszcze obrzydzenie, bo dla mizofonika to jak dźwiękowa defekacja. Odgłosy potrafią być tak nieprzyjemne, że wywołują niemal instynktowną reakcję odrzucenia, jakby ktoś akustycznie przekroczył granice dobrego smaku.
Z fizycznych reakcji, które doświadczają osoby z mizofonią można wymienić takie które wiążą się z wystąpieniem stresu. Przyspieszone tętno, wyższe ciśnienie krwi, napięcie mięśni, ucisk w klatce piersiowej, ramionach, głowie, wzrost temperatury, trudności w oddychaniu, nadmierne pocenie się, bóle psychosomatyczne . Wszystkie te objawy są reakcją na dźwięki i zazwyczaj rozpoczynają się delikatnie, jednakże rozwijają się błyskawicznie, a ciało wchodzi w tryb „za chwilę ktoś zginie” [5].
Dodatkowo pojawiają się emocjonalne bonusy, takie jak wstyd, poczucie winy oraz lęk wyprzedzający, czyli widmo pojawiającego się dźwięku, które może sprawić, że samo oczekiwanie na dźwięki jest już obciążające. Reakcje są najrozmaitsze, w niektórych przypadkach mogą przybierać formę agresji słownej, a nawet fizycznej, co dodatkowo komplikuje relacje z otoczeniem i raczej nie przysparza nowych przyjaciół. Aby uniknąć bodźców wyzwalających wiele osób stara się obchodzić szerokim łukiem miejsca takie jak kina, puby, bary, co prowadzi do stopniowego wycofywania się z życia społecznego. Najpierw ogranicza spotkania z przyjaciółmi, następnie ucina kontakty rodzinne, żeby w końcowym etapie spożywać posiłki samotnie w piwnicy [6] [1].
Etiologia
Hipoteza zmian neurobiologicznych
W ostatnich latach bardziej pochylono się nad zagadnieniem mizofoni i specyficznych reakcji dotkniętych nią osób. Pierwszą poważną próbę zbadania tego tematu podjął Sukhbinder Kumar z zespołem. Przebadali oni grupę ludzi z mizofonią oraz 22 przeciętnych śmiertelników, którzy potrafią przeżyć obiad z babcią bez galopujących myśli samobójczych. Badania ukazały, że osoby z tym zaburzeniem mają wyższą mielinizację – szczególnie w tych częściach mózgu, które są połączone z przednią korą wyspową, czyli obszarem odpowiadającym za przetwarzanie emocji i dźwięków. Mielinizacja polega na pokrywaniu włókien nerwowych substancją zwaną mieliną. Więcej mieliny oznacza szybsze i bardziej efektywne przekazywanie sygnałów nerwowych. [7]
Schröder zi jego zespół w swoich badaniach po raz pierwszy wykorzystali rezonans magnetyczny, aby określić, które obszary mózgu mogą być powiązane z mizofonią. Do udziału w tym badaniu zaproszono 21 pacjentów z mizofonią oraz 23 osoby bez tego zaburzenia. Zaprezentowano im trzy rodzaje wideo. Pierwszy zestaw filmowy zawierał to, co mizofonicy lubią najbardziej – nagrania mlaskania, oddychania. Drugi typ nagrań przedstawiał gwałtowne lub obrzydliwe sceny. Trzeci pakiet obejmował neutralne materiały, np. scenę, w której ktoś medytuje i sprawia wrażenie pozbawionego problemów życiowych. Wszystkie filmy były prezentowane uczestnikom w trakcie skanowania rezonansem, co umożliwiło śledzenie aktywności ich mózgu. Podczas badania monitorowano również rytm serca uczestników za pomocą elektrokardiografu. Dodatkowo uczestnicy oceniali swoje emocje: czy to już poziom “berserker”, czy raptem delikatna irytacja.
Pierwszy typ bodźców wywołał u osób z mizofonią silne emocje, takie jak gniew, obrzydzenie i smutek. Emocjonalne reakcje łączyły się z przyśpieszeniem akcji serca. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że obszar mózgu regulujący emocje i zajmujący się przetwarzaniem dźwięków był bardziej aktywny. Największe dramy działy się, gdy dźwięk szedł w parze z obrazem – taki miks wywołał u pacjentów z mizofonią silne emocje oraz reakcje fizjologiczne. Reakcje te są związane z aktywacją kory słuchowej i sieci saliencji, czyli takiej część mózgu, która decyduje, co jest ważne, priorytetowe. Normalnie powinna mówić: „skup się na tym, co istotne”, ale u mizofonika krzyczy: „TEN GOŚĆ OBOK JE ZUPĘ. ZRÓB COŚ Z TYM!!!”. W grupie kontrolnej takie reakcje na odgłosy jedzenia nie pojawiały się.
Ciekawostką jest, że drugi typ materiałów, ten który zawierał obrzydliwe lub drastyczne sceny, wywołał podobne emocje w obu grupach, co oznacza, że mizofoniczny mózg stawia latające wnętrzności na równi z pałaszowaniem kebaba. [8,9]
W badaniu przeprowadzonym przez Miren Edelstein wraz z jej naukową ekipą dokonano pomiarów fizjologicznych u sześciu osób z mizofonią, wykorzystując reakcje przewodnictwa skórnego. Celem było potwierdzenie, że ludzie z mizofonią faktycznie dostają zwarcia w reakcji na specyficzne dźwięki. I rzeczywiście – ich system nerwowy zaczynał się trząść jak polityk na komisji śledczej. Wniosek jest taki, że mizofonicy naprawdę wykazują zwiększoną reakcję autonomiczną na bodźce słuchowe, a nie jedynie udają, by mieć pretekst do ucieczki z rodzinnej wigilii [10].
W badaniu przeprowadzonym przez Nadine Eijsker i jej zespół porównano aktywność mózgu 24 pacjentów z mizofonią i 25 osób bez tego zaburzenia. Osoby z mizofonią mają większy obszar w mózgu odpowiedzialny za przetwarzanie emocji. Może to wyjaśniać, dlaczego reagują one tak silnie na pewne dźwięki, które dla innych są neutralne. Co więcej, u tych osób zaobserwowano również zwiększoną ilość istoty białej w określonych rejonach mózgu, co oznacza że mózg nie tylko przetwarza dźwięki, ale też dorzuca do nich emocjonalne efekty specjalne, co może wpływać na sposób, w jaki opracowuje docierające informacje – w tym zarówno dźwięki, jak i emocje. W praktyce oznacza to, że siorbanie nie jest niewinnym siorbaniem – to dźwięk zwiastujący koniec cywilizacji, upadek giełdy i wygraną nielubianej opcji politycznej w najbliższych wyborach prezydenckich. [7]
Zaobserwowano, że różne środki psychoaktywne wpływają na nasilenie objawów. Kofeina może potęgować objawy mizofonii. Za to alkohol wprost przeciwnie, osłabia odczuwalne objawy mizofonii. Krótko mówiąc, po dwóch piwach chrupanie orzeszków w pubie przestaje być zagrożeniem dla zdrowia psychicznego osoby z mizofonią. To sugeruje, że odpowiednio dobrane leczenie farmakologiczne może wpłynąć na nasilenie zaburzenia, ale ten temat wymaga dalszych badań klinicznych. [11]
Hipoteza genetycznej predyspozycji
Istnieją przypuszczenia, że jeśli ktoś cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, to może mieć też większe szanse na wylosowanie bonusowej mizofonii w genetycznej loterii. Ponieważ te dwie przypadłości wydają się ze sobą powiązane, a zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne często mają podłoże genetyczne, niektórzy badacze podejrzewają, że mizofonia też może być częścią schedy po przodkach.
Jedno z przeprowadzonych badań wykazało wyższą częstość występowania nietolerancji dźwięku wśród osób z zaburzeniami takimi jak zespół Williamsa oraz zaburzenia ze spektrum autyzmu. W grupie 118 osób z zespołem Williamsa 90% charakteryzowało się większą wrażliwość na pewne dźwięki, a spośród 30 uczestników ze spektrum autyzmu 27% również zgłosiło wyższą wrażliwość na dźwięki w porównaniu z grupą kontrolną [10].
Naukowcy doszli do tego, że najczęściej towarzyszącymi mizofonii zaburzeniami jest zespół stresu pourazowego, zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, duże zaburzenie depresyjne i anoreksja. Co więcej, im bardziej człowiek zmaga się z którymś z tych schorzeń, tym większa szansa, że odgłos przeżuwania banana wywołuje u niego kryzys egzystencjalny. Jednakże mizofonia nie jest to po prostu produktem ubocznym tych zaburzeń. Choć łączy ją z nimi pewne podobieństwa, to jednak jej objawy są tak specyficzne, że powinna być uznawana za odrębne zaburzenie. Co więcej, choć mizofonia często występuje ramię w ramię z innymi problemami psychicznymi, nie oznacza to, że między nimi istnieje związek przyczynowo-skutkowy [10].
Interesujące badanie mizofonii przeprowadzono raz dzięki temu, że podczas rutynowej wizyty lekarskiej, pacjentka chorująca na mizofonię poinformowała, że awersję do dźwięków przejawia co najmniej siedmiu innych członków jej rodziny. Zaintrygowani lekarze zaproponowali pacjentce i jej wesołej rodzince badanie, które miało na celu opisanie ich przypadku. [12]
Ostatecznie wzięło w nim udział 12 członków rodziny, których wiek rozciągał się od 9 lat do 73 lat, a średnia wieku wyniosła 38,3. Większość, bo aż 10 z tych osób stanowiły kobiety. Wyniki ankiet ujawniły, że u 83,3% badanych mizofonia zaczęła się już w dzieciństwie lub w okresie dojrzewania. Skala zirytowania dźwiękami wyniosła średnio 7,3 na 10. Dominujące emocje, które odczuwały te osoby. to gniew, drażliwość lęk i nienawiść. Reakcje na irytujące dźwięki były różne, uczestnicy badania stosowali rozmaite strategie: niektórzy prosili o ciszę, inni wychodzili, ale zdarzały się też reakcje agresywne.
W zestawie z mizofonią często pojawiały się inne atrakcje, takie jak lęk (91,3%), szumy uszne (50%), zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (41,6%), depresja (33,3%) i nadwrażliwość na dźwięki (25%). Naukowcy zaczęli podejrzewać, że niechęć do specyficznych dźwięków może mieć podłoże genetyczne. Ponadto zasugerowali, że mizofonia może być o wiele powszechniejsza, niż się wydaje, co oznacza, że być może jeszcze więcej ludzi w głębi serca życzy wszystkim chrupiącym, siorbiącym i mlaskającym natychmiastowej eksmisji na tamten świat. [12]
Inni naukowcy w 2023 roku odkryli, że w genomie obecne są konkretne fragmenty, które mogą sprawiać, że na pewne dźwięki pojawia się podobna reakcja jak na odgłos styropianu drapanego widelcem. Istnieją fragmenty genów, które mogą zwiększać podatność na mizofonię. Jeden z nich znajduje się w pobliżu genu odpowiedzialnego za przetwarzanie dźwięków w mózgu. Jakby atrakcji było mało, to tuż obok znajdują się też geny sterujące neuroprzekaźnikiem GABA, odpowiedzialnym za balans między pobudzeniem a wyciszeniem [13]
Hipoteza warunkowania
W kontekście mizofonii hipoteza warunkowania sugeruje, że reakcje wykazywane przez pacjenta są wynikiem klasycznego warunkowania. To oznacza, że na początku dźwięk siorbania czy mlaskania był sobie po prostu neutralnym dźwiękiem – ktoś sobie chrupnie, chrząknie, świat się kręci po staremu, it’s no big deal. Ale jeśli ten dźwięk będzie towarzyszyć jakiemuś traumatycznemu wydarzeniu, np. przy rodzinnym stole, gdzie wujek Zdzichu opowiada o polityce, jednocześnie wciągając makaron tagliatelle jak odkurzacz przemysłowy, to nagle mózg mówi: “człowieku to jest dramat… zapamiętaj to jako koszmar.”
I tak po czasie każde siorbanie zaczyna działać jak dźwięk alarmu atomowego, chociaż obiektywnie nic złego się nie dzieje. Poziom irytacji rośnie do 9/10, człowiek ma ochotę rzucić się (lub kimś) przez okno, ale zamiast tego wychodzi, zaciska pięści lub mentalnie morduje wszystkich w zasięgu słuchu. A im bardziej ktoś unika tych dźwięków, tym bardziej mózg utwierdza się w przekonaniu; „unikasz tego, nie podoba się? Git. To na pewno jest śmiertelne zagrożenie!” W ten sposób człowiek zamiast oznajmić „stop! ja wysiadam” kręci się coraz szybciej na tej karuzeli szaleństwa, gdzie każde mlaśnięcie, chrupnięcie czy kliknięcie w klawiaturę doprowadza do wewnętrznej agonii, której nie da się wytłumaczyć nikomu poza innymi mizofonikami [10].
Diagnozowanie
Mizofonia nie została jeszcze oficjalnie sklasyfikowana, nie znajdziemy jej ani w Klasyfikacji Zaburzeń Psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DSM-5), ani w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD-10) [4].
Diagnozowanie często odbywa się poprzez diagnostykę różnicową, co oznacza, że lekarze starają się wykluczyć inne schorzenia o podobnych objawach. Ważnymi narzędziami w tym procesie jest Skala Objawów Mizofonii (Misophonia Symptom Scale), która ocenia, jakie dźwięki wywołują objawy i czy są one wytwarzane przez ludzi, Skala Emocji i Zachowań Związanych z Mizofonią (Misophonia Emotions and Behaviours Scale), oraz Skala Nasilenia Mizofonii (Misophonia Severity Scale), zaadaptowana z kwestionariusza do pomiaru natężenia zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych.[5]
Nie ma jednego uniwersalnego testu, który jednoznacznie powiedziałby: „Gratulujemy, masz mizofonię, witamy w klubie audiowariatów!”. Zamiast tego opracowano różne skale oceniające poziom zdenerwowania, tzn. jak bardzo osoba badana ma ochotę wyjść z siebie w reakcji na różne dźwięki.
Jednym z pierwszych opracowanych narzędzi była skala MAS-1, czyli skala aktywacji mizofonii, stworzona w 2010 roku. MAS-1 to nie do końca test diagnostyczny, a raczej termometr odczuwanej irytacji na konkretne dźwięki. Skala ma 10 poziomów, gdzie 1 oznacza „jest ok”, a 10 to „proszę przynieść pasy”. Im bogatszy miks emocjonalnych i fizycznych reakcji, tym mizofonia jest cięższa [14].
W 2013 roku Schröder i jego zespół opracowali Amsterdamską Skalę Mizofonii (A-MISO-S), czyli test samooceny, który pomaga sprawdzić, czy dźwięki otoczenia doprowadzają do osobę badaną do większego szału niż przeciętnego człowieka. Skala ta bazuje na słynnej Skali Obsesji i Kompulsji Yale-Brown (Y-BOCS) i ma 6 elementów, z punktacją od 0 do 24. Im wyższy wynik, tym większa szansa, że przebywanie na stołówce pracowniczej jest tożsame z byciem na froncie [15].
Z czasem ta skala doczekała się wersji pro – AMISOS-R – która jest jeszcze bardziej szczegółowa i składa się z trzech części. W pierwszej pacjent wskazuje, które dźwięki wywołują u niego chęć natychmiastowej ewakuacji (np. siorbanie, mlaskanie, głośne oddychanie). Następnie opisuje emocje, jakie tym dźwiękom towarzyszą. Pakiet jest dość bogaty, bo zaczynamy od lekkiej irytacji po pełnoskalową wściekłość i obrzydzenie. Ostatnia sekcja bada, czy mizofonia powoduje u tej osoby autentyczny niepokój i sprawia, że musi ona dostosowywać do niej codzienne życie (np. unikanie restauracji, obiadów rodzinnych albo współlokatorów). Nie opublikowano jeszcze pełnych danych dotyczących właściwości psychometrycznych A-MISO-S i AMISOS-R. [7]
W 2015 roku Bauman stwierdził, że same ankiety o samopoczuciu to za mało, bo mizofonia to nie tylko psychiczne cierpienie, ale i reakcje fizyczne. Tak powstała Skala Fizjologicznych Reakcji w Mizofonii (MPRS), która bada, jak bardzo osoba z mizofonią chce wyjść z siebie w odpowiedzi na dźwięki-wyzwalacze. MPRS często stosuje się razem z MAS-1, żeby określić pełen pakiet mizofonicznego cierpienia – od psychicznego do fizjologicznego. Jeśli na dźwięk siorbania bubble tea dana osoba czuje wzrost ciśnienia i oblewają ją zimne poty, to MPRS pomoże to zmierzyć i opisać [16]
Kolejny test samooceny, który pozwala określić, w jakim stopniu różne dźwięki robią z życia piekło, to Berliński Kwestionariusz Mizofonii. Składa się z dwóch części: pierwsza ocenia stopień rozdrażnienia wywołanego przez dźwięki, druga bada objawy mizofonii. Test rozróżnia dwa źródła dźwiękowych koszmarków. Pierwszy to źródła wewnętrzne, czyli te, które ludzie generują własnym organizmem (mlaskanie, siorbanie, głośne oddychanie, sapanie). Źródła zewnętrzne to natomiast hałasy świata, które nie pochodzą z bezpośrednio z ludzkiego gardła ani nosa, ale i tak najczęściej są generowane przez ludzi (jak stukanie w klawiaturę, stukanie paznokciami, klaksony, nieznośne rozmowy w tle). Druga część bada objawy mizofonii i zawiera sześć skali, które odpowiadają kryteriom diagnostycznym. Kwestionariusz został opracowany w oparciu o dedukcyjne uzasadnienie, co oznacza, że dla każdego z sześciu określonych kryteriów stworzono odpowiednie pytania w refleksyjnym modelu pomiarowym. Mówiąc prościej – każdy kluczowy objaw ma przypisane pytania, które pomagają określić, jak mocno dana osoba wpadła w mizofoniczny wir irytacji [17].
Jeszcze innym, szeroko stosowanym narzędziem jest kwestionariusz mizofonii (MQ), który pomaga wykrywać objawy mizofonii. Ten miernik, w którym pacjent również dokonuje samooceny, został opracowany przez ekspertów na podstawie przeglądu literatury oraz ich własnego doświadczenia klinicznego. Ma on trzy podskale i działa na zasadzie skali Likerta, co oznacza, że zamiast prostego „tak” albo „nie” można sprecyzować swoje zdanie: „jest bardzo dobrze” albo „jest bardzo źle”. Tego typu skale są często wykorzystywane w medycynie, np. do oceny poziomu bólu, poprawy po leczeniu albo, jak to ma miejsce w przypadku mizofonii, do sprawdzenia, czy ktoś przypadkiem nie wykazuje zapędów ludobójczych, gdy usłyszy wciąganie kataru [5,18].
MQ ma 3 podskale. Pierwsza z nich sprawdza, jak często pacjent ma nieszczęście być narażonym na dźwięki, które wywołują u niego reakcję w stylu „zaraz kogoś zamorduję”. Druga podskala bada, co się dzieje w głowie człowieka, gdy te konkretne dźwięki się pojawiąją, czyli czy doświadcza irytacji, gniewu, złości czy może zaczyna odczuwać strach. Dodatkowo druga podskala sprawdza, jakie ma strategie przetrwania: czy na przykład wychodzi z pomieszczenia (co może być dość problematyczne, jeśli to pora karmienia dziecka, a osoba zaburzona karmi piersią), czy może próbuje zagłuszyć dźwięki głośnym kaszlem albo stuka długopisem jeszcze głośniej, myśląc, że ktokolwiek zdenerwuje się przynajmniej w połowie tak bardzo, jak ona. Trzecia i ostatnia podskala to taki ogólny wskaźnik „jak bardzo dźwięki rujnują mi życie”. Skala idzie od 1 do 15, gdzie 1 to „luzik, daję radę”, a 15 “to już nie myśli samobójcze, a realne plany” [14].
Kwestionariusz Mizofonii Duke’a (DMQ) składa się z 86 pytań i jest podzielony na dziewięć skal, z których każda bada inną stronę mizofonii – czyli czy dźwięki sprawiają, że pacjent jedynie przewraca oczami, czy raczej liczy w głowie, ile będzie mieć lat, gdy zakończy odsiadkę. Mamy na starcie klasyczne, już znane i lubiane pytanie o to, jak często dźwięki-wyzwalacze dopadają tę osobę (czyli “jak często masz ochotę zakopać kogoś żywcem za dźwięki, które wydaje jego jama ustna”), jakie emocje się pojawiają („czy przy odgłosie siorbania czujesz, że w twojej duszy rodzi się nowy rodzaj furii?”) i jakie są reakcje fizjologicznie („czy na odgłos nieustannie klikającego długopisu twój organizm przechodzi w stan przedzawałowy?”). Jest też podskala radzenia sobie, czyli jak wygląda sposób na przetrwanie tej konkretnej osoby: czy udaje, że nie słyszy, czy może już planuje podpalenie biura. Wszystkie te mniejsze skale zostały poskładane w dwie większe – objawów i radzenia sobie. Jest też Kwestionariusz Przesiewowy Mizofonii Duke-Vanderbilt (DVMSQ), krótszy i konkretniejszy, który pyta wprost: „Czy dźwięk jedzenia gorącej pomidorówki sprawia, że zaczynasz kwestionować sens istnienia?” albo „Czy po pracy w gastronomii domagał(a)byś się odszkodowania?”. Celem obu tych testów jest wyłapanie, kto tylko lekko się irytuje, a kto już żyje w świecie, gdzie wypad z rodziną do Maka to survival horror. Zastosowano kryteria diagnostyczne opracowane przez Jagera i jego zespół, uwzględniono również dodatkowe aspekty zgodnie z najnowszą wspólną definicją. [19]
Skala Syndromu Selektywnej Wrażliwości na Dźwięki to narzędzie do samooceny, nad którym prace wciąż trwają. W skali jest wyodrębnione 5 obszarów, w których mizofonia daje się ludziom we znaki i które skala ma na celu zbadać. Pierwszy obszar to oceny internalizujące, drugi to oceny eksternalizujące. Trzeci filar to postrzeganie zagrożeń i zachowania unikania, a czwarty to wybuchy emocjonalne. Na końcu mamy wpływ na funkcjonowanie [14].
Nowojorska Skala Mizofonii (NYMS) jest najnowszym narzędziem do identyfikowania problemów związanych z mizofonią. Skupia się na analizie konkretnych czynników wyzwalających oraz reakcji emocjonalnych i zachowań, nie próbuje próbując tłumaczyć mechanizmów, określać źródeł, nie zawiera spekulacji ani teorii – zamiast tego koncentruje się na samym opisie doświadczeń mizofonicznych. Nowojorska Skala Mizofonii jest krótka, prosta, zapewnia szybkie i szczegółowe wyniki, może więc być wykorzystywana w diagnostyce indywidualnych przypadków, ale też w badaniach przesiewowych na dużych grupach ludzi. Pozwala określić charakterystykę i intensywność reakcji na różne dźwięki, bez konieczności przeprowadzania długotrwałych i skomplikowanych analiz. [16]
Podczas diagnostyki należy odróżnić mizofonię od innych schorzeń, takich jak zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, zaburzenia lękowe, choroba afektywna dwubiegunowa, hiperakuzja i fonofobia. W celu wykluczenia innych problemów ze słuchem, wielu pacjentów z mizofonią jest również kierowanych na badania audiometrii tonalnej.
Wyniki otrzymane przez Schrödera i jego zespół badawczy, zasugerowały, że mizofonia jest zaburzeniem pierwotnym, a nie wtórnym względem innych znanych schorzeń neurologicznych lub psychiatrycznych. Naukowcy zaproponowali sześć kryteriów diagnostycznych: po pierwsze, wystarczy jeden konkretny dźwięk – mlaskanie, chrupanie, czy nawet samo oddychanie – żeby w mózgu zapaliła się czerwona lampka. Po drugie, to nie jest zwykła irytacja, tylko coś, co w chwilę wchodzi na poziom furii, czasem takiej, że aż człowiek zaczyna się bać, co zrobi. Po trzecie, osoba z mizofonią doskonale zdaje sobie sprawę, że ta reakcja jest przesadzona, ale co z tego, skoro nadal ma ochotę rzucać przedmiotami z bezsilności i wściekłości. Po czwarte, żeby nie stracić resztek godności, zaczyna unikać miejsc, w których mogłaby usłyszeć swoje „ulubione” dźwięki, albo siedzi tam, ale cała wściekłość kumuluje się w środku. Po piąte, to nie jest zwykła fanaberia, tylko coś, co realnie komplikuje życie, bo jak ma się ochotę kogoś dźgnąć widelcem w rękę, to raczej nie idzie żyć w społeczeństwie spokojnie i bez ryzyka odsiadki. I po szóste, jeśli ktoś zacznie szukać innych przyczyn tego zjawiska, to nie znajdzie ich w klasycznych zaburzeniach, bo mizofonia jest po prostu osobnym, pełnoprawnym dziwactwem. [11]
4.1 Czym różni się mizofonia od innych zaburzeń?
Mizofonia, hiperakuzja, fonofobia i wrażliwość na hałas to różne zaburzenia, ale każde z nich potrafi porządnie zatruć życie.
Hiperakuzja to taka super moc, której nikt nie chce. Człowiek bez tego zaburzenia odbiera dźwięk jako neutralny, jednak dla osoby z hiperakuzją ten sam dźwięk będzie jak świder wwiercający się w czaszkę. Istotna jest tutaj głośność dźwięków – im wyższa, tym większy horror przechodzi dana osoba. To jest kwestia realnego, fizycznego dyskomfortu. Dla tych ludzi zwykła rozmowa (60-70 dB) to jak impreza techno o trzeciej w nocy u sąsiada, a dźwięk powyżej 100 dB to już niemalże tortury. Hiperakuzja występuje obustronnie, co oznacza, że dotyka zarówno jednego, jak i drugiego ucha. Mizofonia i hiperakuzja to nie to samo – w tej pierwszej chodzi o specyficzne dźwięki, a w tej drugiej kluczowy jest poziom głośności dźwięków, niezależnie od tego, kto i jak je wydaje. Oczywiście los bywa złośliwy i czasem te dwa zaburzenia idą ze sobą w parze [20,22].
Fonofobia to zupełnie inna bajka – nie chodzi tu o to, że dźwięk jest nieprzyjemny. Kluczową rolę odgrywa lęk, który nie jest zależny od poziomu głośności czy rodzaju dźwięku – samo pojawienie się hałasu może wywołać panikę, napięcie i unikanie sytuacji, w których może dojść do kontaktu z nim. Pojawia się obawa, że dźwięk spowoduje ból, wywoła migrenę lub przyczyni się do ubytku słuchu. W odróżnieniu od hiperakuzji, w której problemem jest fizyczne odczuwanie dyskomfortu z powodu głośności, tutaj dominuje poczucie lęku. Czasem jest tak silne, że prowadzi do unikania miejsc i sytuacji, w których mogą pojawić się dźwięki uznawane przez fonofobika za „niebezpieczne”, nawet jeśli nie mają one żadnego wpływu na zdrowie [21].
Z kolei wrażliwość na hałas to bardziej ogólny problem – to nie kwestia specyficznych dźwięków czy ich głośności, nie jest to też lęk przed hałasem, tylko po prostu trudność w jego znoszeniu. Osoby z tą przypadłością czują się najlepiej w ciszy, jednakże ta totalna cisza może je jeszcze bardziej stresować, bo każde nagłe puknięcie czy szelest jest odbierany jako głośniejszy. Taka wrażliwość na hałas często towarzyszy osobom po urazach mózgu albo w spektrum autyzmu, a także tym, które mają do czynienia z zaburzeniami depresyjnymi oraz lękiem [20].
Metody leczenia
Psychoterapia poznawczo-behawioralna
Pierwsze randomizowane badanie nad terapią poznawczo-behawioralną w leczeniu mizofonii pokazało, że życie nie musi polegać na ciągłym rozważaniu emigracji do dźwiękoszczelnej piwnicy w lesie. Po trzech miesiącach terapii 56% jej uczestników odczuło poprawę, co oznacza, że przynajmniej część z nich przestała mieć zapędy ludobójcze za chrupanie jabłka. Zmniejszyły się ogólne zaburzenia psychiczne, fizyczne, a w relacjach rodzinnych i społecznych zagościło więcej luzu. [23]
W innym badaniu na 90 dorosłych osobach (wykluczono z niego persony z uzależnieniami, zaburzeniami psychotycznymi i te w spektrum autyzmu) sprawdzano kilka technik, a mianowicie kontrwarunkowanie, manipulacje bodźcami oraz ćwiczenia relaksacyjne.
Kontrwarunkowanie to taki trening, który ma na celu „przeprogramować” mózg. Pomysł był prosty: dźwięki, które doprowadzają do białej gorączki, łączy się z czymś niewątpliwie przyjemnym. Cel był taki, żeby organizm z czasem uznał: „to przeżuwanie nie jest jednak takie złe, skoro w pakiecie są puszyste kotki”, żeby zaczął mieć pozytywne skojarzenia, a nie tylko bił na alarm, że przyszedł czas na ucieczkę lub atak. Następną techniką terapii była zabawa w audioboga. Podczas manipulacji bodźcami uczestnicy dostawali możliwość sterowania dźwiękami wyzwalającymi, np. w specjalnym programie na komputerze. Mogli nimi manipulować, przyciszać je, zmieniać tempo, bawić się nimi jak DJ na samotnym techno-rave’ie w piwnicy. Chodziło o to, by odwrócić role – żeby to człowiek mógł kontrolować dźwięki, a nie na odwrót, jak to częściej bywa. Last but not least – ćwiczenia relaksacyjne, czyli klasyk – medytacja, rozluźnianie mięśni: „Weź głęboki oddech. Przytrzymaj. Wypuść ustami. Powoli odłóż ten nóż na stół”.
Po terapii postępy uczestników oceniano według 7-stopniowej skali CGI-I (gdzie 1 oznaczało bardzo dużą poprawę, a 7 – pogorszenie, dramat i rozpacz). 58% miało wynik 1 lub 2, co oznacza, że ich mizofonia wycofała się przynajmniej na tyle, żeby dało się funkcjonować bez fantazji o eliminacji wszystkich ludzi. 48% miało nie tylko wysoki wynik poprawy na CGI-I, ale i co najmniej 30% redukcji objawów mizofonii. Terapia może nie sprawi, że mizofonik zacznie czerpać radość ze słuchania ASMR, ale da narzędzia, żeby mniej cierpieć i nie czuć, że każde wyjście do ludzi to jazda bez trzymanki. Dźwięki dalej istnieją, świat dalej jest głośny, ale przynajmniej nie każdy odgłos przeżuwania wywołuje wizję mordu. [24, 23]
Techniki samopomocowe
Słuchawki z redukcją hałasu lub ulubioną muzyką, białym szum – to podstawowy zestaw przetrwania dla każdego, kto ma mizofonię i chce choć trochę ograniczyć wpływ dźwięków na swoje samopoczucie. Bo o ile większość osób potrafi przeżyć dzień w biurze czy szkole bez rozmyślania o tym, czy rzucenie klawiaturą przez okno będzie społecznie akceptowalne, to osoba z mizofonią musi non stop szarpać się z samym sobą, próbując skoncentrować się chociaż na ten krótki czas między jednym a drugim chrupniętym herbatnikiem. Trudności w utrzymaniu koncentracji i ogólne rozkojarzenie destrukcyjnymi myślami, mogą prowadzić do powstania nieporozumień między nauczycielami, przełożonymi, kolegami w pracy, klientami. Bo ciężko sensownie rozmawiać ze współpracownikiem albo nauczycielem, kiedy w tle ktoś tłucze w klawiaturę jakby wykuwał tego maila w kamieniu, a klikanie myszką przypomina serię z karabinu. Oczywiście najlepszą strategią jest zdrowa komunikacja. Najlepiej powiedzieć ludziom, że ma się problem z mizofonią – oczywiście w miarę dyplomatycznie, żeby nie zabrzmiało to jak groźba, ale też z pewnością siebie, żeby co złośliwsze osoby nie zaczęły testować granic. A jeśli do tego uda się wynegocjować cichą strefę pracy, to już niemalże wygrana.
Ale prawdziwy koszmar zaczyna się w życiu społecznym, bo standardowe zaproszenie typu „Ej, idziemy do kina?” w głowie osoby z mizofonią brzmi raczej jak “mamy mały wypadzik do piekła, zabierasz się z nami?”. Restauracje, puby, imprezy – wszędzie dźwięki czające się za rogiem, gotowe zniszczyć resztki zdrowia psychicznego. W efekcie – izolacja i unikanie ludzi, bo łatwiej odpuścić wyjście, niż potem przez dwie godziny toczyć wewnętrzną bitwę o przetrwanie. Rozwiązanie? Spotkania na świeżym powietrzu, gdzie szansa na wystąpienie wyzwalaczy jest mniejsza, a ewentualna ucieczka wygląda mniej podejrzanie. Przy wyborze pubu lub restauracji warto kierować się tym, czy puszczana tam muzyka „w tle” skutecznie zagłusza odgłosy jedzenia. Popularne fast foody należy omijać, chyba, że stałym elementem zestawu dziecięcego będzie maska Hannibala Lectera.
Jeśli dzieli się z kimś dach to i pod nim może kręcić się karuzela emocji. Bo nic tak nie wzmacnia rodzinnych więzi, jak rzucane (wcale nie ukradkiem) mordercze spojrzenia na domownika tylko dlatego, że ten postanowił oddychać w sposób niewłaściwy, przełknął za głośno ślinę lub stuknął widelcem o ząb. Dla bliskich mizofonia często sprowadza się do „ale o co ci chodzi, to jak ja mam jeść, daj żyć”, a to prosta droga do spięć i frustracji, bo ciężko zrozumieć, że dźwięki, które dla nich są naturalne, dla kogoś innego brzmią jak atak terrorystyczny na układ nerwowy. Edukacja najbliższych, rozmowy i opracowanie wspólnych strategii, to podstawa, żeby w domu panował względny pokój, a kolacja nie zamieniała się w dziwną grę psychologiczną.
Zakupy, załatwianie spraw w urzędzie, podróż transportem publicznym – to teoretycznie najzwyklejsze sytuacje życiowe, proste zadania do odhaczenia w ciągu dnia. Jednakże dla mizofonika taka podróż autobusem bez słuchawek jest jak zdobywanie Mount Everest w japonkach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie sapać, wciągać katar, chrupać paluszki, żuć gumę, manewrować protezą zębową w ustach albo subtelnie chłeptać piwo z puszki schowanej pod kurtką. Sklepy są pełne ludzi, krzyczących dzieci i kasjerów, którzy muszą klikać nerwowo długopisami. Dla zachowania zdrowia psychicznego (i wolności osobistej) zaleca się korzystać z uroków XXI wieku – zakupy robić w sklepie online, sprawy urzędowe też załatwiać internetowo. Istnieją jednak pewne wyjątki – sytuacje, które zmuszają do wypełźnięcia z bezpiecznej samotni, takie jak wizyta u dentysty. Wtedy najbezpieczniej wyruszyć w porze dnia, kiedy normalni ludzie śpią, pracują lub stoją w korku. A jeśli już mowa o korkach – gdy trzeba się przemieszczać, to najlepiej własnym transportem (rower, samochód, hulajnoga, wózek golfowy, cokolwiek).
Stan ciągłego napięcia w oczekiwaniu na potencjalny atak chrupiącego nastolatka jest obciążający i psychicznie i fizycznie, co może pociągać za sobą konsekwencje zdrowotne. Praktykowanie technik relaksacyjnych może pomóc w zminimalizowaniu poziom stresu. Noc i spokojny sen też bywają luksusem, szczególnie latem, gdy hałasująca i grillująca gawiedź ochoczo wypełza ze swych nor, by celebrować piękne letnie wieczory na osiedlowym trawniku. Jeśli w nocy pojawiają się wyzwalacze (chrapanie, szum z ulicy, sąsiedzi urządzający imprezę z wiertarką udarową), to zasnąć jest równie łatwo, co przetłumaczyć gołębiowi, że parapet to nie publiczna toaleta. Warto zaopatrzyć się w zatyczki do uszu, odtwarzacz generujący biały szum, szumisia albo wentylator, który zagłuszy zewnętrzne bodźce. [24]
Ludzie generalnie mają różne sposoby na przetrwanie dnia bez popełnienia zbrodni w afekcie. Jedni posiłkują się zatyczkami do uszu, inni idą w słuchawki z redukcją hałasu. Są też tacy, co ratują się muzyką, zwłaszcza taką, która zagłuszy mlaskanie współlokatora – najlepiej death metalem. No i jeszcze jest możliwość prowadzenia wewnętrznego dialogu, w którym człowiek przypomina sobie że jest bezpieczny, uspokaja się, że to zaraz minie, a najpiękniejsze jest to, że ci mlaszczący ludzie też kiedyś umrą. Jeśli wewnętrzny dialog postanowi się uzewnętrznić to jest gwarancja, że w busie nikt nie usiądzie obok.
Ale jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, która może uratować mizofonika przed popełnieniem harakiri – wsparcie bliskich. Jak jest w otoczeniu kogoś, kto nie patrzy na osobę z mizofonią jak na psychola, kiedy ta dostaje drgawek od dźwięku przeżuwanego jabłka, to serio jest to ogromne ułatwienie życia [8]
Farmakoterapia
Jeśli już żadne oddychanie nie przynosi ulgi, a medytacja jest opanowana na poziomie Maharishi, to można rozważyć leczenie farmakologiczne. Obejmuje ono selektywne inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI), stymulanty, leki przeciwpsychotyczne oraz β-blokery [2].
Jednym z pierwszych udokumentowanych przypadków udanej farmakoterapii była 14-latka, której mózg stwierdził, że przeżuwanie to jawna deklaracja wojny. Ponieważ objawy utrzymywały się około 2 lat, znacząco pogarszając jakość życia dziewczyny, lekarze postanowili wdrożyć leczenie fluoksetyną. Najpierw 10 mg/dzień, potem 20 mg, a w drugim miesiącu obserwacji, gdy odnotowano poprawę, dawka została ostatecznie zwiększona do 30 mg/dzień. W czwartym miesiącu obserwacji odnotowano 40% spadek wyniku na Amsterdamskiej Skali Mizofonii oraz 70% spadek wyników na globalnej skali oceny dzieci. Po 16 tygodniach ogólny poziom funkcjonowania pacjentki był dobry. [25]
Jeśli ktoś przy okazji mizofonii ma też ciężkie objawy obsesyjno-kompulsywne może skorzystać na lekach serotoninergicznych albo antydopaminergicznych. Trzeba jednak pamiętać, że nie istnieją jeszcze żadne oficjalne wytyczne jeśli chodzi o stosowanie leków.[11,26]
Desensytyzacja
Desensytyzacja to sposób, który pomaga oswoić się z irytującymi dźwiękami poprzez łagodne wprowadzanie wyzwalaczy. Ten proces wymaga łagodnego podejścia, trzeba go przeprowadzać na spokojnie – żadnego rzucania się na głęboką wodę i zmuszania do słuchania godzinnego testu gum do żucia na youtube w nadziei, że „może się przyzwyczaję”. To gwarantowany przepis na frustrację, a nie na sukces. Zamiast tego lepiej wpleść te dźwięki w coś przyjemnego, na przykład ulubioną muzykę albo biały szum. W ten sposób mózg powoli uczy się, że chrupanie to nie jest żaden sygnał alarmowy zwiastujący koniec świata, tylko po prostu nieszkodliwy element tła.
Technologia jak to zwykle bywa, tutaj też znalazła sposób na ułatwienie życia – są aplikacje, które mogą pomóc w terapii. Mieszają irytujące dźwięki z czymś przyjemnym i stopniowo zmniejszają ich intensywność, aż w końcu przestają być tak uciążliwe. Efekt? Zamiast dostawać szewskiej pasji na dźwięk chrupania chipsów, reakcja z czasem staje się coraz słabsza, a dźwięk chrupania paluszków przestaje brzmieć jak tętent kopyt koni jeźdźców apokalipsy. Staje się po prostu jednym z wielu odgłosów w tle – irytującym, ale już nie zwiastującym końca świata [27].
Mizofonia jest trudna, ale da się z nią żyć
Czasy, gdy nie było mizofonii, a dziadek zamykał się w gołębniku na czas posiłków, bo „po prostu był ekscentryczny” – na szczęście są czasami minionymi. Dziś wiemy, że za nazbyt nerwowymi reakcjami na mlaskanie czy siorbanie, stoi coś więcej niż tylko aspołeczne lub terroryzujące usposobienie. Mizofonię można wytłumaczyć, zrozumieć i co najważniejsze – można z nią spokojnie żyć i choć nie zniknie, to da się ją złagodzić. Rozwinięty świat daje duże możliwości sprawnego funkcjonowania: można stosować techniki relaksacyjne, medytacje, aplikacje na smartfona, leki, a czasem po prostu dobre słuchawki wygłuszające. Ale co najważniejsze – świadomość ludzi jest dużo bardziej rozwinięta niż była kiedyś. Można iść na terapię i to bez ryzyka, że “somsiady bendom wytykać palcem”, z towarzyszącymi mądrościami w stylu „to od tych szczepionek ludzie teraz tacy wrażliwi”. W dzisiejszych czasach zamiast uciekać do gołębnika czy zjadać własne zęby w milczeniu, można szybko znaleźć sposób na poczucie wewnętrznej ulgi – bez wstydu, bez poczucia winy i z mniejszym ryzykiem, zostania bohaterem pierwszej strony brukowca, z czarnym paskiem na oczach pod wielkim nagłówkiem: „To była ich ostatnia rodzinna wieczerza – uciszył wszystkich. Na wieczność”.